Czy małe przyjemności to mentalny fastfood czy strategia psychiczna?

Czy małe przyjemności to mentalny fastfood czy strategia psychiczna?

W świecie, w którym codzienność często przypomina wyścig z czasem, z listą zadań i własnymi oczekiwaniami, Kubuś Puchatek spokojnie siedzi na pniu i je miodek. „Człowiek nie może wiedzieć wszystkiego, ale zawsze może wiedzieć, gdzie ma miodek” – jak mawiał nasz bohater. I ku zaskoczeniu wielu, psychologia stoi dziś raczej po jego stronie, zachęcając do życia „tu i teraz”, a nie po stronie nieustannej produktywności.

Czy wiesz, że Kubuś Puchatek od lat pojawia się w zestawieniach najbardziej „terapeutycznych” bohaterów literackich? Nie dlatego, że rozwiązuje skomplikowane konflikty czy wygłasza motywujące przemowy. Wręcz przeciwnie – on po prostu umie się zatrzymać, ucieszyć drobiazgiem i nie ma poczucia winy, że robi to w środku dnia. Psychologowie wykorzystają te metafory jego zachowań do tłumaczenia mechanizmów jakie nami rządzą i przykładów uważności, akceptacji i czerpania radości z prostych rzeczy – dokładnie tych kompetencji, które w dorosłym życiu gubimy najszybciej będąc w nieustannej pogoni, pośpiechu i chcąc wszystko na już. „Nie liczy się ile masz przyjaciół, lecz czy masz przyjaciół, którzy zostawiają ci trochę miodku”, mówił Kubuś, i trudno znaleźć lepszą definicję dbania o codzienne drobne radości.

Kubuś Puchatek nie planował pięcioletnich strategii rozwoju ani nie optymalizował poranków. On po prostu wiedział, kiedy warto zjeść małe co nieco. „I to jest bardzo zdrowe psychicznie podejście. Bo zatrzymanie się i perspektywa temporalna teraźniejszości – bycia „tu i teraz”, doświadczania w pełnym focusie wszystkiego, co się robi w danym momencie to wielka umiejętność!” – mówi prof. Małgorzata Dobrowolska, psycholog. „Ten mindset zawężania uwagi i skupienia się na tym, co teraz doświadczamy, w tej chwili, w tym momencie, a nie w rozproszeniu na przeszłość i na przyszłość, a nie martwienie się sprawami, które w większości się nie wydarzą, to wielka sztuka w dzisiejszym permanentnym przeciążeniu skutkami postępu”.

„Choć mogłoby się wydawać, że małe przyjemności to temat błahy, we współczesnej psychologii traktujemy go niezwykle poważnie” – dodaje prof. Dobrowolska. – „Badania opublikowane w Journal of Positive Psychology pokazują, że regularne doświadczanie drobnych, codziennych przyjemności — takich jak delektowanie się ulubioną herbatą czy espresso na mieście, bycie sam na sam z własnymi myślami, chwile tylko dla siebie, momenty ciszy między spotkaniami, przewietrzenie pomieszczenia, chodzenie boso po trawie czy krótki spacer bez telefonu — znacząco podnosi poziom energii psychicznej i zmniejsza ryzyko wypalenia. Nie chodzi tu o wielkie wydarzenia, lecz o małe, doraźne i szybkie resety — mentalne fast foody w najlepszym tego słowa znaczeniu. To krótkie chwile dla siebie, nawet w natłoku obowiązków, drobne nagrody i ich regularne powtarzanie.”

Dlaczego to działa? Układ nerwowy nie posiada kategorii „mała” i „duża” radość. Nie sprawdza, czy przyjemność była wystarczająco ambitna, rozwojowa albo społecznie uzasadniona. Dla mózgu liczy się coś zupełnie innego – czy dana czynność daje poczucie bezpieczeństwa, przewidywalności i chwilowego spokoju. Proste przyjemności aktywują układ nagrody w sposób łagodny, bez nadmiernej stymulacji, dostarczaj też „pyszną” dopaminę. Dzięki temu regulują emocje, zamiast je podkręcać, jest nam przyjemnie. „Nie ma się czym martwić, jeśli masz miód”, mawiał Kubuś, i trudno się z nim nie zgodzić.

To trochę jak z ogrzewaniem. Lepiej mieć stałe, umiarkowane ciepło, niż raz na jakiś czas rozpalać do czerwoności, a potem marznąć. Nasza psychika działa bardzo podobnie, potrzebujemy systematycznie i radości, i miłości i przyjemności, choćby tych drobnych.

Szczególnie ważne staje się to w momentach kryzysu – osobistego, zawodowego czy emocjonalnego. Gdy ktoś doświadcza dużej trudności, naturalnym odruchem jest rezygnacja z przyjemności. Odkładamy je „na potem”, bo wydają się niepoważne albo nie na miejscu. Tymczasem z perspektywy psychologii jest dokładnie odwrotnie. W kryzysie nie zaczynamy od wielkich kroków ani od głębokich analiz. Zaczynamy od podstawowej regulacji układu nerwowego. Małe przyjemności działają wtedy jak psychologiczna pierwsza pomoc, szczególnie jeśli tymi przyjemnościami są relacji z innymi i spotkania z naszymi bliskimi, przyjaciółmi, ludźmi, który dają nam nie tylko to merytoryczne wsparcie w trudzie ale i dobry vibe i dobrą energię.

W stanie silnego stresu lub przeciążenia mózg działa w trybie alarmowym. Trudno wtedy myśleć logicznie, podejmować decyzje czy „brać się w garść”. Drobne, znane czynności – zapach kawy, ulubiona muzyka, ciepły prysznic, spacer tą samą trasą – wysyłają do organizmu sygnał: „na ten moment jesteś bezpieczna, bezpieczny”. I dopiero na tym fundamencie można odbudowywać poczucie sprawczości. „Czasem najprostsze rzeczy są tym, czego najbardziej potrzebujesz”, mawiał Kubuś – i to prawda, którą każdy kryzys może potwierdzić.

„Problem w tym, że wielu dorosłych traktuje przyjemności jak coś, na co trzeba sobie zasłużyć” – zauważa prof. Dobrowolska. „Najpierw praca, odpowiedzialność, „ogarnięcie życia”, a dopiero potem – jeśli zostanie energia – chwila dla siebie. W praktyce oznacza to, że w momentach największego napięcia odcinamy sobie dokładnie to, co mogłoby nas wesprzeć. Zdanie „nie mam teraz głowy do przyjemności” często oznacza, że układ nerwowy jest już na granicy. A wtedy właśnie drobne rytuały mają największe znaczenie.

Kubuś Puchatek intuicyjnie rozumiał coś, co dziś potwierdzają wszystkie badania naukowe – małe przyjemności nie są fanaberią ani nagrodą po ciężkim dniu. Są podstawowym elementem dbania o odporność psychiczną – szczególnie wtedy, gdy jest trudno, niepewnie albo chaotycznie. To one pomagają wrócić do równowagi, odzyskać kontakt ze sobą i przygotować grunt pod kolejne kroki.

Czasem naprawdę najmniejsze rzeczy zajmują najwięcej miejsca – nie tylko w sercu, ale i w psychice. I być może właśnie w kryzysie najbardziej warto wziąć przykład z tego bohatera, który wiedział, że zanim ruszy się dalej, dobrze jest na chwilę usiąść, zwolnić i spokojnie zjeść małe co nieco. „Nie liczy się, ile mamy przyjaciół, lecz czy mamy przyjaciół, którzy zostawiają ci trochę miodku” – mówił Kubuś, i trudno znaleźć lepszą metaforę dla drobnych przyjemności, które podtrzymują nas na duchu, kiedy życie robi się trudne.

„Miłego jedzenia „miodku” życzę i ciepło pozdrawiam każdego kto tu dziś ze mną czytał ten tekst” – podsumowuje prof. Dobrowolska. „A jeśli Wam mało… zapraszam na moje media społecznościowe, tam więcej treści o budowaniu odporności psychicznej”.

You Might Also Like

Leave a Reply

Back to top